Z serii oswoić szkolną lekturę - Kordian

Nie musimy już udawać, że kwestia wolności politycznej Polski była kiedykolwiek w „Kordianie” najistotniejsza. Bo nie była i nie jest. Kordian ma problem o wiele poważniejszy, a tym problemem jest jego piętnaście lat i kompletny brak pomysłu na to, co robić w życiu dalej. Każdy, kto miał piętnaście lat, wie, jaki to koszmar.

Krzysztof Prus, reżyser teatralny, opowiada, o czym tak naprawdę jest „Kordian” Juliusza Słowackiego.

„Kordian” w zamierzeniu Słowackiego miał być opowieścią o dojrzewaniu młodego, bardzo wrażliwego człowieka. Stąd jego imię: Kordian - od serca. Akcja, przewidziana na trzy części, miała rozgrywać się na szerokim tle ówczesnej Polski, Europy, ale także w zaświatach. Tam też zaczyna się I część - jedyna, jaką znamy - w piekle. Jeśli przyjrzymy się dokładnie, diabły towarzyszą Kordianowi w każdej ze scen: nawet podczas audiencji w Watykanie kryją się pod postacią papieskiej papugi. II część „Kordiana” nigdy nie powstała; Słowacki zaczął pisać część III, ale zniszczył ją, niezadowolony ze swego dzieła. Można stąd wyciągnąć wniosek, że od ukształtowanego w pełni bohatera przewidzianego dla części III, Słowacki wolał tego z części I: pogubionego, niedoskonałego, chwilami wręcz głupiego. „Kordian” jest sztuką niedokończoną: wiele wątków, przede wszystkim tych związanych z carem, wielkim księciem Konstantym i rosyjską okupacją nie zostało rozwiniętych. Pytanie, jakie trzeba sobie postawić przy lekturze, brzmi: co tu jest najważniejsze? Co jest wspólnym mianownikiem tych porozrzucanych scen?

Dziś, kiedy pewien rozdział historii naszego kraju został szczęśliwie zamknięty, nie musimy już udawać, że skądinąd istotna dla utworu kwestia wolności politycznej Polski była kiedykolwiek w „Kordianie” najistotniejsza. Bo nie była i nie jest. Kordian ma problem o wiele poważniejszy, a tym problemem jest jego piętnaście lat i kompletny brak pomysłu na to, co robić w życiu dalej. Każdy, kto miał piętnaście lat, wie, jaki to koszmar. Dla Słowackiego ten właśnie młody człowiek i jego problem są istotą dramatu, spróbujmy więc i my odnaleźć w „Kordianie” człowieka. Paradoksalnie, żeby dotrzeć do człowieka, trzeba odnaleźć diabła. My, ludzie współcześni, mamy różne narzędzia, żeby zajrzeć do wnętrza naszej głowy: psychologię, neurologię. Słowacki ich nie miał, dlatego używał narzędzia, skądinąd wcale nie gorszego: metafizyki. Kiedy zastanawiał się, co w naszym życiu robi diabeł, to pytał podobnie, jak my: skąd bierze się Zło? Co jest Złem w naszym życiu? Na pewno jest nim wszelkie działanie, które prowadzi do destrukcji. A skrajną formę destrukcji stanowi autodestrukcja, samobójstwo. Tego właśnie żąda od nas diabeł: żebyśmy się zabili. Myśl, żeby ze sobą skończyć, myśl, która każdemu z nas przyszła kiedyś do głowy, jest też tematem przewodnim „Kordiana”.

O samobójstwie myśli Kordian na początku I aktu, który kończy się informacją o tym, że „panicz się zastrzelił”. W II akcie widzimy Kordiana żywym, więc co się stało? Zastrzelił się czy się nie zastrzelił? A może cały ten świat przedstawiony jest tylko imaginacją rozgrywającą się w głowie Kordiana, głowie śmiertelnie rannej? Wiele by na to wskazywało, bo niby czemu młody, nieznany nikomu człowiek spotyka się z papieżem? Albo dlaczego chmura przenosi go ze szczytu Mont Blanc do rodzinnego kraju? Znaczyłoby to, że rzeczywistość naszych marzeń i snów, nasza wewnętrzna prawda jest ważniejsza od zewnętrznych pozorów. W takim świecie i diabły są realne, co oczywiście może też oznaczać, że są realne dlatego, bo to człowiek je wymyślił.

Takie przyjąłem założenie zabierając się do inscenizacji. Kordian oczywiście nie miał 15 lat, bo trudno znaleźć profesjonalnego aktora w tym wieku. Ale był młodym człowiekiem, który wciąż nie znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytania. Trójka aktorów grała diabły. Władał nimi Szatan, do pomocy miał Gehennę i Astarotha, postaci nazwane tak u Słowackiego w prologu. Diabły wcielały się w postaci pojawiające się w życiu Kordiana, odgrywały wydarzenia, w których uczestniczył lub mógłby uczestniczyć. Ta sama Gehenna była oziębłą Laurą, ale także prostytutką Wiolettą, na której Kordian odgrywał się za miłosne niepowodzenie z Laurą; była papieską papugą, aż wreszcie, w komnacie cara, wcielała się w Imaginację. Podobnie działała pozostała dwójka – byli stale przy Kordianie, stanowili dlań rodzaj lustra. Cała sceniczna akcja zmierzała do rozmowy Kordiana z Doktorem czyli Szatanem, w której ten zadawał Kordianowi pytanie: Kim ty, człowieku, jesteś? Dlaczego nic ci nie wychodzi? Nie wychodzi z Bogiem ani z kobietami, nie wychodzi z twórczością poetycką, nie wychodzi z działalnością polityczną, w którą zresztą nie wierzysz, i słusznie, bo to przecież tylko proteza dla twoich prawdziwych, niespełnionych pragnień zrobienia w życiu czegoś, co ma sens. A zatem, skoro widzisz, jaki jesteś marny, nikomu niepotrzebny, to czemu ze sobą nie skończysz?

Tu wracaliśmy do punktu wyjścia. Do pytania o to, czy się zabić. Czas w przedstawieniu odmierzał prawdziwy zegar. Kiedy wskazywał północ, diabły pojawiały się w całej okazałości; sztuka kończyła się, gdy zegar wybijał pierwszą. Kiedy minęła godzina duchów. Nie dowiedzieliśmy się, czy Kordian się zastrzelił czy nie. Zostawialiśmy go z pytaniem, które dotyczy każdego z nas: czy moje życie ma sens? 

Krzysztof Prus - www.prus.art.pl